6/29/2016

Miniaturka: Nigdy więcej mnie tak nie strasz


Typ: Fanfiction | One Piece | Czas: koniec sagi Thiller Bark
Główny bohater: Nico Robin | Roronoa Zoro
Tagi: Miniaturka
Liczba słów: 4485
Uwagi: Niewielka zmiana kanonu.


Zamarła.
To musiał być jakiś sen. Straszny koszmar, z którego zaraz się obudzi. Upadła na kolana i ukryła twarz w dłoniach. Czuła spływające po palcach słone krople.

Dwadzieścia minut wcześniej

Gdy tylko Robin się ocknęła, zauważyła, że jej towarzysze dopiero się budzą. Każdy był poturbowany i ledwo żywy. Krew, zadrapania, siniaki, poważne rany. Nami ścisnęła prawe ramię i wykrzywiła się z bólu. Walka z Morią i Oarsem wykończyła załogę Słomianych, lecz tym, co zdziwiło Robin najbardziej, było zachowanie Luffy’ego. Gumiak skakał, krzyczał i śpiewał, choć doznał największych obrażeń. W dodatku pochłonął wcześniej sto cieni, a nie był wykończony!
– Patrzcie! Czuję się świetnie! – Chłopak zaczął robić pajacyki.
Reszta drużyny trzymała się na nogach ostatkiem sił. Chopper był zdruzgotany. Jako lekarz doskonale wiedział, że Luffy nie powinien móc się ruszać przez dłuższy czas.
– Łżesz! To niemożliwe! – zarzucił mu Usopp.
Oczywiście zniknięcie obrażeń i zmęczenia Luffy’ego było dość dziwne, dziewczynę jednak w tym momencie zainteresował fakt zaginięcia jednego z członków załogi.
Nico już nikogo nie słuchała. Uważnie obserwowała Sanjiego, który właśnie się ocknął parę metrów dalej. Wstał ostrożnie, nogi mu się trzęsły. Zachwiał się. Archeolog zauważyła, że kucharz najwyraźniej coś sobie nagle uświadomił. Przeraził się. Powędrowała wzrokiem za spojrzeniem przyjaciela – wydawało się, jakby czegoś lub kogoś szukał. Oboje w tym samym momencie dostrzegli trzy katany leżące między gruzami kilkanaście metrów dalej. Należały one do Roronoy Zoro, którego nigdzie nie było widać. Sanji rozejrzał się, po czym chwiejnie pobiegł przed siebie.
Pewnie go szuka.
Postanowiła pójść za kucharzem. Wolała obserwować sytuację z ukrycia, chowając się za ruinami rezydencji, aby dowiedzieć się, czemu Sanji zareagował tak impulsywnie po przebudzeniu się. Po paru chwilach biegania wokół rumowiska, młody mężczyzna zatrzymał się gwałtownie.
Dostrzegł go.
Stał tyłem, nieruchomo, z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Jego ubranie było rozerwane, a ciało ubrudzone. Na pierwszy rzut oka przypominał posąg – idealny, gładki, świetnie odwzorowany. Umięśniony, młody mężczyzna. Przystojny, silny. Ale brudny. Wyraźnie zmęczony. I jakby bez życia.
Sanji odetchnął z ulgą, przeczesując palcami swoje blond włosy. Roronoa żył.
– Więcej nas tak nie strasz! – Podchodził powolnym krokiem w stronę Zoro. Odpalił papierosa, po czym włożył dłonie do kieszeni czarnych spodni i lekko się rozluźnił. – Ej, gdzie polazł tamten Shichibukai? – zapytał. Ominął szermierza i stanął przodem do niego.
Na twarz kucharza wstąpiło przerażenie, potem szok, zwątpienie i ponownie strach. Źrenice poszerzyły mu się, a usta otworzyły. Papieros spadł na ziemię. Robin, widząc to, postanowiła również przemieścić się tak, aby widzieć twarz Zoro. Zamarła.
– Skąd ta krew?! Ej, żyjesz jeszcze? Gdzie on jest?! – Kucharz spanikował, dopiero dostrzegając szczegóły wyglądu okolicy. Zaczął wymachiwać rękami. – Co tu się stało?!
Zoro ociekał krwią sączącą się z wielu poważnych ran. Posoka zabarwiła ziemię wokół niego na dość dużej powierzchni. Półprzymknięte oczy Roronoy stały się czerwone, zaczął się trząść. Przy życiu trzymała go chyba tylko silna wola.
Szermierz odchrząknął.
– Nic, a nic. – Jego zachrypnięty głos brzmiał, jakby przez wiele miesięcy się nie odzywał. Słowa były słabo zrozumiałe, lecz nawet Robin ukryta za skałą dokładnie je słyszała.
Kolana się pod nią ugięły. Po tym, jak upadła i zaczęła płakać, użyła swojej mocy, aby dodatkowa para rąk zatkała jej usta. Chciała stłumić odgłos szlochu. Przez łzy widziała, jak Sanji delikatnie chwycił Roronoę, który w tym momencie osunął się do tyłu. Kucharz ostrożnie położył mężczyznę na ziemi i pobiegł po przyjaciół. Zapewne chciał sprowadzić przede wszystkim Choppera, który oceniłby stan Zoro oraz przygotował go na tyle, aby móc przenieść chłopaka do niezniszczonej części rezydencji, nie pogarszając jego stanu. Choć na pierwszy rzut oka było widać, że młodzieniec raczej powinien być martwy.
Gdy tylko Sanji zniknął za ruinami, Robin podbiegła do Zoro i klęknęła przy nim. Zauważyła, że jeszcze kontaktował ze światem.
– Coś ty narobił, Roronoa! – krzyknęła na niego. Próbował otworzyć szerzej oczy. Wpatrywał się ze zdziwieniem w twarz kobiety. Ta chwyciła go za dłoń i pochyliła się bardziej nad zakrwawionym torsem mężczyzny, na który zaczęły w tym momencie kapać jej łzy.
– Nie płacz – wymówił ledwo zrozumiale. – Jeszcze... żyję. – Jego twarz wykrzywił grymas, a z ust wydobył się jęk.
Nawet nie wyobrażała sobie, jak ogromny ból odczuwał. Była pod wrażeniem, że jeszcze oddychał, że był świadomy. W stanie agonii. 
– Ledwo żyjesz, Zoro, ledwo! – krzyknęła, po czym zagryzła wargi. Poczuła, jak lekko ściska jej dłoń, wykorzystując resztki swojej siły.
Uśmiechnął się do niej, choć uśmiech ten mieszał się z rozgoryczeniem.
– Nie waż się umierać, słyszysz? – wyszeptała, unosząc kąciki ust do góry. Zauważyła, że jego klatka piersiowa unosi się coraz wolniej. Zaczął kasłać, wypluł krew. Zacisnął zęby. Czuła, jak delikatnie spiął mięśnie z bólu. – Nie zostawiaj mnie! Obiecaj mi, że nie umrzesz, Zoro! – krzyknęła. 
Nie obiecał. W jego oczach pojawił się smutek. Wyczytała z nich przeprosiny i prośbę o wybaczenie.

~*~ 

Gdy przyjaciele przybyli po Zoro, Robin stała obok nieprzytomnego już rannego. Nie było widać żadnych śladów łez na jej policzkach, oznak zmartwienia czy choćby zdenerwowania. Przeciwnie – Nico uśmiechnęła się do Luffy’ego, a następnie do Choppera.
– Żyje – odparła krótko. 
Ucieszyła się, że jakimś cudem nie zadrżał jej głos. Brzmiała jakby nic się nie stało, lecz w środku zraniona dusza rozpadała się na małe kawałeczki. Była cholernie zdenerwowana. Racja, szermierz żył. Pytanie tylko, jak długo wytrzyma. 
Robin wyglądała na rozluźnioną, ale schowała ręce do tyłu, aby nikt nie zobaczył zaciśniętych pięści, przez które pobielały jej kłykcie. Tylko ona była świadoma tego, że przygryzła policzek z wewnętrznej strony do krwi. Czuła metaliczny posmak, jednak nie zwracała na to uwagi.
Gdy Chopper opatrzył pobieżnie Zoro, Franky, Sanji i Luffy starali się go ostrożnie przetransportować. Archeolog usunęła się po cichu, aby pobyć sama. Udała się w stronę obrzeża pobliskiego lasu. Nie chciała zagłębiać się w ciemną puszczę, tylko skryć przed wszystkimi w jakimś zacisznym miejscu.
Chciałaby czuć taką ulgę, jaka towarzyszyła więźniom Morii. Co prawda opuścił ją lekki niepokój związany ze Słomianym Kapeluszem. Musiał przecież przeciwstawić się potężnemu Shichibukai, a w dodatku pomógł im z Oarsem. Został mocno poturbowany, a jednak okazało się, że wygrał potyczkę i w dodatku był w pełni sił.
Tak, tamten strach już minął. Nadszedł kolejny, kolosalnie większy. Ostatnio tak się bała, gdy zostawiła matkę, archeologów i swojego przyjaciela – olbrzyma Saula – na zaatakowanej przez Buster Call Oharze. 
Nigdy nie byli na skraju śmierci aż do tego stopnia.
Nie, nie mogła się tak usprawiedliwiać. Kochała ich, byli dla niej jak rodzina. Wierzyła w to, że sobie poradzą z wrogiem, choćby nie wiadomo co.
Dlaczego więc, do cholery jasnej, tak bardzo się bała, że Zoro tym razem umrze? Czy miałby być gorszy? Słabszy? Mniej wytrzymały? Przecież jest drugi w załodze pod względem nagrody za głowę. Jest potężny, mężny, wytrwały. Dlaczego więc się bała?
Czujesz do niego coś więcej.
– Nieprawda – wyszeptała, próbując przeczyć własnym wnioskom.
Przeczesała włosy palcami.
To, że okłamujesz wszystkich wokół, nie znaczy, że możesz okłamać samą siebie.
Zastanowiła się przez chwilę, czy aby Zoro się nie domyślił jej uczuć. Po dzisiejszym przedstawieniu było to bardzo możliwe. Ewentualnie stwierdził, że się o niego troszczy lub wziął ją za wariatkę. 
To nie będzie miało znaczenia, jeśli zginie. 
Kurwa, musi przetrwać. 
Najdziwniejsze w tym wszystkim okazało się jednak to, że Roronoa był w stanie fatalnym, a Luffy czuł się wspaniale. Coś musiało się stać, kiedy wszyscy stracili przytomność. Nagłe zniknięcie Kumy również niepokoiło kobietę.
Postanowiła wracać. Chopper powinien już całkowicie opatrzyć Zoro. Skierowała się do rezydencji Morii, w połowie zniszczonej w wyniku walki. Od razu znalazła doktora.
– Co z nim?
– Naprawdę źle. Gdyby Sanji nie znalazł go na czas, mógłby już nie żyć. Na chwilę obecną stan jest krytyczny, ale stabilny. – Spojrzał na nią ze smutkiem w oczach.
– Jesteś wspaniałym lekarzem, Chopper. – Robin uśmiechnęła się promiennie, na co renifer się zaczerwienił.
– Wcale nie lubię, jak prawisz mi komplementy! – krzyknął, lecz widać było, jak bardzo się cieszy. Po chwili wciągnął szybko powietrze i przyłożył kopytko do pyszczka. – Przepraszam, Zoro. Już nie będę krzyczał – zwrócił się do nieprzytomnego.
W tym momencie do pomieszczenia weszli Luffy i Franky.
– Przynieśliśmy rzeczy, o które prosiłeś! – oznajmił cyborg.
– Dzięki, chłopaki. I bądźcie ciszej, proszę. 
– Jak on się czuje? – zapytał Słomiany zaniepokojonym tonem.
– Cóż, pierwszy raz widzę u Zoro takie obrażenia. Tak jak myślałem, musiało się coś wydarzyć, gdy leżeliśmy nieprzytomni – odparł.
– Z pewnością. – Robin podeszła bliżej. – Nie mogę uwierzyć, że tamten tak po prostu sobie poszedł.
– Dziwne jest też to, w jaki sposób Luffy nagle wrócił do życia – wtrącił Usopp, który od jakiegoś czasu przysłuchiwał się i postanowił dołączyć do rozmowy.
– Ja też nie bardzo kumam – rzekł kapitan, po czym zaśmiał się.
– Myślicie o tym, co się wydarzyło? – przerwał jeden z dwójki piratów, którym Moria zabrał cienie. Właśnie przyszli zobaczyć, co się dzieje z szermierzem. – Tak naprawdę, to wszystko widzieliśmy! Opowiemy wam!
Sanji, przed chwilą strasznie zamyślony, momentalnie odwrócił głowę w ich stronę. Wstał i podszedł do mężczyzn, chwytając ich w pasie i wyprowadzając na zewnątrz.
– Chodźcie na moment.
Robin poczuła, że późniejsze uzyskanie informacji o zajściu może być ciężkie, więc użyła swojej mocy – zreplikowała swoje ucho, aby podsłuchać rozmowę mężczyzn. Dowiedziała się, że Kuma wydobył z Luffy’ego cierpienie w postaci ogromnej kuli energii, które następnie wchłonął Zoro dla dobra załogi, a przede wszystkim kapitana. Roronoa, który i tak był już na skraju wytrzymałości, przyjął na siebie obrażenia. Shichibukai pragnął jego śmierci i zamierzał zabić go w jak najokrutniejszy sposób. Nawet malutki kawałeczek bańki wystarczył, aby młody mężczyzna krzyczał wniebogłosy, więc co musiał przechodzić, biorąc na siebie całość?
Nogi Robin zrobiły się jak z waty, wargi zaczęły jej drgać, a brwi uniosły się do góry, kiedy usłyszała całą opowieść. W porę się opamiętała i stworzyła pozory nieświadomej niczego osoby.
Sanji, jak się spodziewała, zabronił piratom komukolwiek mówić o tym zajściu, po czym wrócił do pomieszczenia. Luffy nie uzyskał odpowiedzi na nurtujące go pytanie, jednak za bardzo się tym nie przejął, szykowała się bowiem impreza z okazji zwycięstwa. Na początku przyjaciele na zmianę dotrzymywali towarzystwa śpiącemu Zoro. W sali robiło się jednak coraz głośniej, a goście potrzebowali więcej miejsca do tańca, wywracania się, skakania i innych zabaw. Nico Robin i Chopper właśnie zmienili się z Brookiem i Nami. Archeolog widziała jednak, że renifer chętnie powróciłby do zabawy.
– Chopper, jeśli chcesz, baw się z resztą. I tak dużo już dla niego dzisiaj zrobiłeś. – Wskazała głową na szermierza. 
Lekarz posłał jej niepewne spojrzenie, lecz jego tęskny wzrok zdradzał wszystko. – Przenieśmy go stąd do najbliższego pokoju. Tam będzie bezpieczniejszy. Nie martw się, nie spuszczę go z oczu. To będzie wspaniała okazja na odpoczynek przy książce. Od tego zgiełku zaczyna mnie boleć głowa. 
– Dziękuję, Robin. Jakby się coś działo, natychmiast daj mi znać!
Doktor zawołał Franky’ego i wynieśli Roronoę razem z łóżkiem na korytarz, a następnie do pokoju, naprzeciwko wejścia do głównej sali. Gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, krzyki i muzyka ucichły.
Robin spojrzała na Zoro i ogarnął ją błogi spokój. Widok mężczyzny – całego i bezpiecznego – działał na nią kojąco. Patrzyła na jego unoszącą się i opadającą klatkę piersiową, na siniaki, drobne zadrapania i większe skaleczenia. Na bandaże, przesiąknięte gdzieniegdzie krwią, tamujące najpoważniejsze rany. Przeczesała palcami jego spocone włosy – miał gorączkę. Organizm próbował się bronić przed zakażeniem, jak powiedział wcześniej Chopper. Robin starła palcem kropelki z nosa młodego mężczyzny. Delikatnie i powoli przejechała opuszkiem po jego bladych ustach, brodzie, mocno zarysowanej żuchwie, kierując się w stronę ucha. Wyczuła lekki, kilkudniowy zarost. Zjechała ostrożnie palcami po silnej szyi, prowadziła przez klatkę piersiową, aż zatrzymała się na przy szramie zdobytej dzięki Jastrzębiookiemu podczas ich pierwszego spotkania. Robin nachyliła się i ucałowała lekko miejsce, gdzie blizna przecinała się ze świeżą raną. Oparła głowę na łóżku, blisko twarzy szermierza. Poczuła dziwne ciepło.
Ciekawe, co by sobie pomyślał, gdyby się obudził. W normalnym stanie nigdy nie pozwoliłby sobie na to, abyś się tak zachowywała – podpowiadał cichy głosik.
Więc korzystam z okazji – odpowiedziała w myślach.
Robin jednak dobrze wiedziała, że nie powinna robić sobie nadziei. Zoro nie okazywał zainteresowania nią. Ba! Do czasu walki na Enies Lobby nawet jej nie ufał! Czasami siedzieli u niej w pokoju i rozmawiali na temat historii, nic więcej. To z tych wieczorów Robin zapamiętała najwięcej szczegółów jego wyglądu i charakteru. Prawda jednak była taka, że jedyne, co kochał, to sen, alkohol i szermierka. I był sporo młodszy. Kto chciałby dwudziestoośmiolatkę kryminalistkę, ukrywającą się przez większość życia przed Światowym Rządem? Zdradzającą ludzi, którzy okazali jej trochę serca?
Nie.
Postanowiła wyrzucić to z głowy. Nie myśleć o tym, jaka jest niepoprawna, głupia i egoistyczna. Bo zakochała się w dziewięć lat młodszym szermierzu, który widział w niej co najwyżej przyjaciółkę.

~*~ 

Trzy dni później


Brook siedział przy grobie, który zbudowali Franky i Usopp dla uczczenia pamięci jego przyjaciół z dawnej załogi. Uważał to za piękny gest ze strony Słomianych Kapeluszy. Muzyk był bardzo wdzięczny swoim nowym towarzyszom. Poczuł, że wreszcie spłacił dług wobec wszystkich bliskich zmarłych korsarzy. 
Słomiani musieli wkrótce opuścić Thiller Bark, postanowił więc na pożegnanie zagrać starą, ulubioną melodię Piratów Rumbar oraz wieloryba – Laboona, który przemierzał z nimi wody, aż w końcu został zmuszony do czekania przy Red Line, na początku Grand Line. Powolna, delikatna, lecz wesoła muzyka zabrzmiała w chwili zetknięcia się smyczka ze strunami skrzypiec. Brook delektował się spokojnymi dźwiękami, podsycanymi przez śpiew ptaków. Dźwięki przywoływały wspomnienia; właśnie w taki sposób chciał oddać cześć zmarłym przyjaciołom. 
Usłyszał kroki. Momentalnie przestał grać i odwrócił się. 
Ujrzał Zoro, całego w bandażach i plastrach – Chopper nie mógł mu ich darować. Rany były jeszcze świeże, choć młodzieniec zdawał się czuć dobrze. Podszedł i wbił w ziemię pochwę ze znajdującym się w środku mieczem. Usiadł po turecku obok kościotrupa, pochylił głowę i przymknął powieki, oddając hołd. 
– Ach, zaskoczyło mnie to. Więc w końcu wróciłeś do zdrowia? – zapytał muzyk. 
– Ta. Tylko trochę zaspałem. – Czarny humor towarzyszył Zoro od rana. 
Wyprostował plecy i przeciągnął, próbując poprawić opatrunki, które go uwierały. Po nieudanej probie, westchnął. 
– Czy to… 
– To martwy miecz – Yubashiri. Miałem zamiar dać mu godny pochówek. – Chłopak złożył ręce jak do modlitwy i ukłonił się. Po chwili milczenia Brook oznajmił:
– Zostałem członkiem waszej załogi. – Na twarz kościotrupa wstąpiła radość. 
– Hm, naprawdę? Więc masz pecha. 
Odpowiedź zaskoczyła muzyka, lecz Roronoa tylko uśmiechnął się. 
– Wiesz, to jest całkiem szalona załoga. 
– Na to wygląda. Będę się starał dopóki nie umrę! Zaraz, ja przecież już jestem martwy! 
Brook zaczął się śmiać w swój specyficzny sposób, a Roronoę pogrążyły myśli. Gdy tylko obudził się nad ranem, spotkał Sanjiego. Mimo wzajemnej rywalizacji, musiał dzisiaj powiedzieć dziękuję w jego stronę i lekko się ukłonić. Nigdy by tego nie zrobił, gdyby nie fakt, że Sanji uratował mu życie, ale przede wszystkim dotrzymał tajemnicy na temat ostatnich wydarzeń. Zoro nie chciał, aby Luffy wiedział, że się dla niego poświęcił. Aby ktokolwiek wiedział. 
Chciał także wyjaśnić jeszcze jedną kwestię. Jak, po odnalezieniu go przez Sanjiego, pojawiła się przy nim Robin? Czemu została, zamiast biec po pomoc, tak jak kucharz? Musiała wiedzieć, że ktoś wyruszył po resztę przyjaciół. 
To zbyt skomplikowane. 
Westchnął, a Brook spojrzał na niego zdziwiony. Najwyraźniej oczekiwał jakiejś innej reakcji na swoje żarty. 
– Gdzie się podziała Robin? Tylko jej od rana nie widziałem – zapytał młodzieniec, zdając sobie sprawę, że dziewczyna tego dnia zapadła się pod ziemię. 
– Większość czasu spędziła przy tobie, kiedy byłeś nieprzytomny. Chłopaki i panienka Nami wczoraj nie nadawali się do życia po ostatniej imprezie, dlatego Robin opiekowała się tobą. Prawie nie spała przez dwie noce i dwa dni. Rano mówiła, że idzie się położyć. Naszemu drogiemu lekarzowi było bardzo głupio, że zostawił ją ze wszystkim, ale nie chciała słuchać przeprosin. Może powinieneś sprawdzić, czy jest na statku? Możesz podziękować jej za opiekę, pewnie się ucieszy – zasugerował kościotrup.
Zoro jedynie skinął głową. Posiedzieli jeszcze chwilę w milczeniu, po czym wstali i skierowali się na Thousand Sunny. Nico nigdzie nie było, więc zapytał o nią Nami. Nawigatorka potwierdziła wersję Brooka – archeolog spała. Zoro postanowił poczekać, aż się obudzi – musiała być wyczerpana. 
Załoga pożegnała się z byłymi więźniami Morii, po czym wyruszyła na morze, szukać kolejnych przygód. Szermierz, z braku innych zajęć, chciał potrenować, ale Chopper kategorycznie zabronił mu się przemęczać. Zoro nie założył jednak bandaży, co tłumaczył niewygodą w czasie wykonywania ruchów. Tak więc chodził bez celu w tę i z powrotem, próbując wymyślić coś, dzięki czemu zabiłby nudę. Nawet nie miał ochoty spać, w końcu niedawno odbył dość długą drzemkę. 
Wreszcie Sanji zawołał wszystkich na kolację. Zoro miał nadzieję, że Robin pojawi się na posiłku, lecz nie przyszła. Nami zabroniła komukolwiek budzić koleżankę, twierdząc, że należy jej się solidny odpoczynek. Roronoa skrzywił się, gdy zobaczył stojący przed nim kubek z kompotem. 
– Co to ma znaczyć, cholerny kucharzyku? – warknął do Sanjiego, unosząc do góry prawą brew. 
– Jak to co? Powinieneś mi dziękować, glonie, że w ogóle masz co jeść! 
– Nie będę pił tych sików. Gdzie jest sake? – zapytał. 
– Zoro, nie możesz pić alkoholu! Jeśli to zrobisz, szybciej się upijesz, a to przez leki, które ci podałem! Kategorycznie zabraniam ci pić sake! – wtrącił Chopper, podskakując na krześle. 
– No dobra, dobra, zrozumiałem. – Szermierz westchnął. – Ale tego też nie wypiję. 
Luffy roześmiał się, Nami przewróciła oczami, a Brook stwierdził, że czas zagrać jakąś piosenkę. Wszyscy świętowali pokonanie Morii i wyjście cało z kolejnej potyczki. Śpiewali, śmiali się i rozmawiali w najlepsze. W pewnym momencie Zoro postanowił wymknąć się ukradkiem. Udał się do spiżarni pokładowej i zaczął przeszukiwać zapasy. W końcu trafił na skrzynkę butelek z sake. Oczy mu się zaświeciły ze szczęścia, kiedy otwierał kapsel, a na twarzy pojawił błogi uśmiech w chwili, gdy wlał płyn do ust. To było to, czego mu brakowało. Gdy skończył trzecią butelkę, stwierdził, że czas wracać. 
– Zaraz zaczną mnie szukać – mruknął pod nosem. – Jeszcze tu wrócę. Oby tylko nikt nie zauważył braku paru butelek…
Wstał i skierował się najpierw do toalety. Zauważył, że zaczęło mu się trochę kręcić w głowie. Chopper miał rację – leki w połączeniu z sake nie były dobrym pomysłem. Wychodząc z pomieszczenia, niemal zderzył się z Nami. 
– Co ty tu robisz? – zapytał. Zauważył, że dziewczyna trzyma w rękach talerz z jedzeniem. 
– Ile czasu można siedzieć w kiblu? Czekałam na ciebie i czekałam, aż wreszcie postanowiłam po ciebie przyjść! Chyba Robin też musi coś jeść, prawda? Stwierdziliśmy, że skoro siedziała przy tobie, gdy byłeś nieprzytomny, poświęcając się i rezygnując z zabawy, to właśnie ty musisz zanieść jej kolację. Masz! – Wepchnęła talerz w ręce zdezorientowanego szermierza, odwróciła się na pięcie i wróciła do kuchni. 
Chcąc, nie chcąc, Zoro ruszył w stronę kajuty Robin. Wszedł po schodach, do jednego z najwyżej położonych pomieszczeń. Bez problemu pokonał drogę, tylko raz potykając się na zakręcie korytarza. Dzielnie trzymał talerz, wiedząc, że gdy kobieta się obudzi, będzie głodna, a nie chciał, aby cała zawartość wylądowała na podłodze. 
Zapukał, lecz nikt mu nie odpowiedział. Uchylił lekko drzwi, a nie widząc nikogo, śmielej wszedł do środka. Usłyszał dźwięk prysznica. Zauważył, że w łazience świeci się światło.
Zoro rozejrzał się po pomieszczeniu. Ciemnofioletowe ściany, miękkie łóżko, sporej wielkości biblioteczka i czerwona kanapa sprawiały, że pokój był bardzo przytulny – idealnie pasował do osobowości archeolog. Zoro czasem tu bywał, by porozmawiać z młodą kobietą. Dużo czytała, była inteligentna i uzdolniona – taka pokładowa skarbnica wiedzy. Zazwyczaj pomagała mu, gdy nie mógł poradzić sobie z opanowaniem nowej techniki. Było mu głupio, że marnował jej czas, ale zawsze twierdziła, że to czysta przyjemność. 
Młodzieniec postawił talerz na drewnianym stoliku i odwrócił się, aby wyjść z pomieszczenia. W tym momencie drzwi łazienki otworzyły się i wyszła z nich Robin. Wyglądała na zaskoczoną widokiem szermierza. 
– Och. Zoro, co ty tu robisz? Jesteś już w stanie się poruszać? Jak się czujesz? – zapytała zaskoczona. 
Roronoa zmierzył ją wzrokiem. Owinięta była jedynie puchatym ręcznikiem, a z mokrych włosów spływały kropelki wody, pozostawiając ślady na karku dziewczyny i znikając w miękkim materiale. 
Chłopak przełknął ślinę. 
– Kucharzyk zrobił kolację, więc wysłali mnie, żebym przyniósł ci trochę jedzenia. Musisz być głodna, skoro przespałaś prawie cały dzień. 
– Tak, masz rację. Dziękuję. 
Nastąpiła niezręczna cisza. Zoro przeczesał palcami włosy. Wiedział, że powinien podziękować archeolog za opiekę, ale kompletnie nie wiedział, jak się do tego zabrać. Bo co mógł zrobić, stojąc naprzeciwko półnagiej, pięknej kobiety, do tego będąc w jej pokoju? Chciał zrobić krok w bok, aby powoli skierować się w stronę drzwi, lecz zapomniał o stoliku. Stracił na chwilę równowagę, ale wyprostował się, stając w miejscu. Zaklął w myślach. Cholerne sake. Nie! Cholerne leki. 
– Widzę, że twoje rany się goją – powiedziała, podchodząc do młodzieńca. Przejechała palcami po zranionym torsie Roronoy, po czym cofnęła rękę i podniosła wzrok do góry. Zdziwiła się, że mężczyzna się lekko zarumienił. 
– Właśnie, à propos ran, to ten… no, dzięki za… – przerwał swoją wypowiedź, gdy zauważył, że Robin wycofała się. 
Usiadła na kanapie, zakładając nogę na nogę. Materiał ręcznika ledwo zakrywał jej ciało, co jedynie powiększyło rumieńce na twarzy młodego mężczyzny. Robin nie czuła się skrępowana – nagość jej nie przeszkadzała. 
– Zoro, dobrze wiesz, że nie masz za co dziękować. Na moim miejscu zrobiłbyś to samo – odparła, chwytając się za ramiona i patrząc mu w oczy. 
Ponownie tego dnia Roronoa westchnął, po czym usiadł po drugiej stronie kanapy, jak najdalej od towarzyszki. Oparł łokcie na kolanach i wplótł dłonie we włosy. 
Popisałeś się, nie ma co! To podziękowanie było żenujące…
Zdawał sobie także sprawę z tego, że wcale nie chodziło o to, że go rozpraszała ubiorem. Ani o to, że się nim opiekowała, kiedy był nieprzytomny. 
Oboje czuli się nieswojo przez ukazanie rozpaczy, chwilę przed utratą przytomności przez Roronoę. Siedzieli i analizowali swoje zachowanie. W tamtej chwili nie myśleli o konsekwencjach – wstydzie i zażenowaniu – które teraz odczuwali. 
Robin zaśmiała się w duchu. 
Jak mogłam być tak głupia?! Nie dość, że wyszłam na idiotkę, to jeszcze sprawiłam Zoro kłopot. On nie ukazuje uczuć, a zmuszał się do podziękowań. Czemu nie potrafiłam nad sobą zapanować? Kompletna kompromitacja. Tak nie zachowuje się dorosła osoba… 
Zoro także był zakłopotany. Onieśmieliło go to, że piękna, dojrzała kobieta, do której miał słabość, tak bardzo przejęła się jego życiem, a on nie był nawet w stanie jej tego wynagrodzić. Czuł się jak ostatni kretyn. 
Z drugiej strony, siedząc z nią w jednej kajucie, miał przemożną chęć jej dotknąć. Wreszcie wpadł na pewien pomysł. Choć bał się reakcji Nico, postanowił zaryzykować. 
– Robin – powiedział cicho, lecz wyraźnie. Zauważył gęsią skórkę na ciele dziewczyny, gdy wymówił jej imię. To jeszcze bardziej na niego podziałało i skłoniło do zrealizowania planu. 
Powoli podniosła głowę i ledwo zdążyła zwrócić na niego swój wzrok, a on już wpijał się w jej usta. Była oszołomiona tym, co właśnie się działo, lecz odwzajemniła pocałunek. Przeszły ją dreszcze ekscytacji. Zoro przysunął się bliżej. Delikatnie przejechał dłonią po zewnętrznej stronie uda kobiety. Zrobiło mu się gorąco, czuł jak krew przyspiesza w jego żyłach. Robin objęła szyję Roronoy, przyciągając go bliżej, aż wreszcie się położyli. Szermierz zrzucił swój płaszcz na podłogę, odsłaniając silne ramiona i świeże blizny. Objęła chłopaka nogami w pasie, a on zaczął całować jej szyję, schodząc niżej. Ich oddechy były przyspieszone. Gdy dotarł do ręcznika, już miał go zedrzeć z Robin, lecz zatrzymał się. Zamarł. Jego pożądanie było ogromne, jednak nie mógł tego zrobić. I tak sprawy zaszły za daleko.
Powoli odsunął się od Nico, usiadł i spojrzał w drugą stronę. Miał zasępiony wyraz twarzy. Jak mógł stracić nad sobą kontrolę do tego stopnia?! A Chopper ostrzegał go, żeby nie mieszał sake z lekami! 
Robin również usiadła i spojrzała zdziwiona na Zoro. 
– Coś nie tak? – zapytała spokojnie i delikatnie. 
– To nie powinno… no… 
– Się zdarzyć – dokończyła twardym głosem. Zacisnęła usta w cienką linię, a jej twarz spoważniała. – Rozumiem. Idź już. 
Roronoa pomasował czoło dłonią. 
Przecież to nie tak miało być! Teraz jeszcze ją uraziłem… Kurwa. 
Robin wstała, złapała piżamę i wyszła do łazienki. Po chwili wróciła ubrana w krótką, obcisłą bluzeczkę na ramiączka i koronkowe majtki – jej ulubiony zestaw do snu. Włosy rozczesała i założyła pasmo za ucho, odsłaniając szyję. 
Dodatkowa para dłoni, wyrastająca z podłogi, podniosła płaszcz młodzieńca i rzuciła nim w jego stronę. 
– Jeszcze tu jesteś? – Westchnęła. Unikała jego wzroku jak ognia. – Proszę, idź już. 
Ruszyła do łóżka, a on nie mógł oderwać wzroku od jej krągłości. Sięgnęła po książkę, położyła się i zagłębiła w lekturze. Tak naprawdę nie docierało do niej ani jedno przeczytane słowo, aż wreszcie przestała wodzić wzrokiem po literkach. Nie mogła się skupić – obecność szermierza ją rozpraszała. 
Co on sobie myśli? Potraktował mnie jak zabawkę, wyrzuciłam go, a nadal siedzi na kanapie! 
Zoro wstał i skierował się w stronę wyjścia. Chwycił za klamkę, jednak nie otworzył drzwi. Odrzucił swój płaszcz na bok, po czym oparł drugą dłoń na framudze. Spojrzał w jej stronę, lecz nie widział jej twarzy, zasłaniała ją książka. Wbił wzrok w podłogę. 
– Robin, słuchaj… – zaczął, jednak nie bardzo wiedział, jak ubrać w słowa to, co czuł. Było mu ciężko. Stwierdził, że najlepiej będzie, gdy po prostu powie to, co myśli. – Chciałem ci podziękować, że się mną opiekowałaś, gdy leżałem nieprzytomny. I za to, że wtedy przyszłaś. Wtedy, kiedy Sanji pobiegł po pomoc. Myślałem, że to już koniec. Z jednej strony cieszyłem się, że byłem w stanie uratować Luffy’ego i was wszystkich, z drugiej jednak nie chciałem umierać, nie będąc pewnym, że jesteś cała i zdrowa. I w tamtej chwili, gdy się nade mną pochyliłaś i upewniłem się, że żyjesz, uspokoiłem się. Jednak kazałaś mi obiecać, że przeżyję, a ja nie mogłem ci tego zagwarantować. Przeraziła mnie twoja reakcja. Chciałem cię pocieszyć i powiedzieć ci, że się martwiłem i próbowałem cię chronić, jednak nie umiałem złożyć zdania. Nawet w tym momencie nie wiem, co mówię. Po prostu boję się, że kiedykolwiek stanie ci się krzywda, a ja nie będę umiał temu zapobiec. I nie wiem, jak nazwać to, że nie mogę oderwać od ciebie wzroku, gdy przychodzisz na śniadanie, nie umiem nie dogryzać Sanjiemu za każdym razem, kiedy z tobą flirtuje, nie potrafię nie zerkać na ciebie podczas walki, żeby się upewnić, że nie potrzebujesz pomocy. Ile razy powstrzymywałem się, będąc tutaj, w twoim pokoju, by się na ciebie nie rzucić, kiedy opowiadałaś mi o epoce, w której została stworzona moja katana? – Wszystko mówił bardzo szybko, jakby bał się, że myśli uciekną z jego głowy i nie będzie wiedział, co chce przekazać. – Cholera, przepraszam cię za to, co dopiero zaszło, nie mogłem… Nico Robin! Chociaż spójrz na mnie, a nie się chowasz za książką! – Podszedł do łóżka nerwowym krokiem, gwałtownie wyrwał dziewczynie lekturę z rąk i cisnął nią za siebie. Zdziwiło go to, że archeolog – tak bardzo szanująca książki – nawet nie próbowała temu zapobiec. 
Spojrzał na nią i na moment znieruchomiał. Potem otwierał i zamykał usta na zmianę, jakby chcąc coś powiedzieć, lecz nie wiedział, co. Młoda kobieta była cała zalana łzami. W pierwszej chwili pomyślał, że musiał strasznie ją urazić, jednak coś było nie tak. 
Uśmiechała się. 
Z wrażenia opadł na łóżko, nie wiedząc, co ma zrobić. 
Był tak zaskoczony, że nie zauważył, kiedy to właśnie Robin podniosła się i złączyła ich usta. Delikatny pocałunek został przepełniony tęsknotą, pragnieniem, szczęściem. 
– Jak mogłeś zrobić coś takiego?! – wykrzyczała młodzieńcowi prosto w twarz, co sprawiło, że jeszcze bardziej się zaskoczył, o ile to w ogóle było możliwe. 
– Co? 
– Wiem o wszystkim. Przyjąłeś na siebie całe cierpienie Luffy’ego, Kuma cię zaszantażował. To było lekkomyślne!
– Musiałem ratować kapitana i załogę! I ciebie – ostatnie słowa dodał szeptem, zawstydzając się. 
– Myślałam, że zginiesz – odparła spokojniejszym tonem, spuszczając wzrok. 
– Ja też. Ale nie mogłem zostawić cię samej. W końcu osobiście mnie o to poprosiłaś. – Uśmiechnął się do niej, na co jedynie pokręciła głową z politowaniem. 
– Nigdy więcej mnie tak nie strasz, Zoro. Obiecujesz? 
Tym razem obiecał. 

~*~

Witam! Wrzucam starą miniaturkę z One Piece, bo aż wstyd, że takie tutaj pustki. Już wcześniej miałam bardzo mało czasu na NejiHina, a teraz, gdy pracuję po dwanaście godzin dziennie, jest go jeszcze mniej. Na szczęście mam wakacje, więc mam nadzieję, że choć trochę nadrobię pisanie i coś niedługo się tutaj pojawi. 
Na chwilę obecną przepraszam za zastój i ozdrawiam tych wytrwałych, którzy wciąż czekają na rozdział. Przepraszam!

8 komentarzy:

  1. Witaj c:
    Ja bardzo chętnie przyjęłabym Twojego bloga do swojej kolejki. Wpierw jednak muszę się dowiedzieć: czy oczekujesz od oceniającej całkowitej znajomości serii, na której opierasz swoje opowiadanie, czy do oceny wystarczy pobieżna wiedza zaczerpnięta z wikii? Jako że twoja historia jest fanfiction, może się to okazać bardzo ważne i mieć wpływ na wynik oceny.
    Pozdrawiam! ~ EvilRay z załogi KKB

    OdpowiedzUsuń
  2. Heeeej, gdzie ty się podziewasz? Wreszcie znalazłam opowiadanie o moich ulubionych bohaterach, z ciekawą fabułą, dosyć oryginalnym paringiem... A ty znikasz? No nie! xD Ja chcę dalszy ciąg! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żyję, żyję, choć ostatnio dosyć ciężko z czasem było. Wkrótce rozdział, wracam do sił! :)

      Usuń
  3. Noooo już 2017! Ja cem notkęęę... T-T

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż mogę powiedzieć... Zawaliłam. Szkołą, praca i problemy rodzinne dają niezły wycisk. Ale żyję cały czas i nie mam zamiaru porzucić opowiadania. Mam ferie, zacznę pisać rozdział. :)

      Usuń
    2. Kyaaa! xD No to czekam z niecierpliwością, a jeśli chodzi o zawalanie, to nigdy mnie nie dogonisz ;/ :P

      Usuń
    3. Rozdziału brak od roku, no cóż. :P Może być gorzej?

      Usuń
    4. Możesz się jeszcze zrehabilitować! Wierzę w ciebie! Hehe ;*

      Usuń

Niah | Akinese | Credits: X, X